WSPÓLNY BUDŻET STREFY EURO CORAZ DALEJ

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 12.09.2018

Kilka miesięcy temu ogłoszono z przytupem plany powołania wspólnego budżetu dla eurostrefy. Za tą informacją stali przywódcy dwóch państw, kanclerz Niemiec Angela Merkel oraz prezydent Francji Emmanuel Macron. Wiadomość o tym projekcie miała potwierdzać głoszoną w Polsce tezę, że Europa nam ucieka, że powstaje silna struktura wewnątrz strefy euro bez nas.

Polska zaś, pozostając poza nią, skazuje się na marginalizację. Decyzje będą przecież podejmować członkowie obszaru wspólnej waluty, my mamy stać z boku i jedynie się przyglądać. Tymczasem od momentu przekazania do publicznej informacji planów ukonstytuowania wspólnego dla strefy euro budżetu minęło kilka dobrych miesięcy. Nic się od tego czasu nie wydarzyło. Nic, co świadczyłoby o tym, że trwają jakieś zaawansowane prace np. nad unijnymi traktatami i niebawem stosowne regulacje będzie można poznać i skomentować. W międzyczasie na Unię Europejską padł cień kryzysu tureckiego. Wiele zachodnich banków ma sporą ekspozycję na tureckie długi, dotyczy to w szczególności tych z Włoch i Hiszpanii. Kolejny raz (który, trudno zliczyć) unijny sektor bankowy staje w obliczu zagrożenia, tym razem potężnych odpisów wynikających z kryzysu gospodarki, która nawet nie jest w Unii. Dodatkowo Włosi nie chcą zgodzić się na unijną politykę cięć budżetowych, buntują się przeciw deficytowi poniżej 1 proc. PKB, władze w Rzymie chciałyby, aby był on przeszło trzykrotnie wyższy. Zacznie się pewnie przeciąganie liny między urzędnikami w Brukseli a włoskim rządem. Pokazuje to, jak słabym wewnętrznie i zagrożonym szeregiem ryzyk jest obszar wspólnej waluty. Począwszy od niestabilnego sektora bankowego, a skończywszy na gigantycznych długach i niekończących się problemach budżetowych wielkich unijnych gospodarek należących do euro. W tych okolicznościach Niemcy próbują wycofać się rakiem z deklaracji o wspólnym budżecie. Okazuje się, że informacja o jego powołaniu została ogłoszona zbyt pochopnie, bez jakichkolwiek wiążących ustaleń czy nawet konkretnych planów. W eter rzucono jedynie hasło. Niemiecki wiceminister finansów Joerg Kukies zadał na łamach „Financial Times’a” retoryczne pytanie: „Dlaczego mamy osłabiać UE, tworząc równoległą strukturę?”. To szokująca uwaga, biorąc pod uwagę niedawne deklaracje. Widać, że w Berlinie włączyli kalkulator, dokonali kilku obliczeń i wyszło im, że ten budżet kompletnie się Niemcom nie opłaca. Powód jest prosty. To Niemcy będą musiały wziąć na siebie największy ciężar, jeśli chodzi o wpłaty. Trudno bowiem oczekiwać, aby udźwignęły go Włochy, Hiszpania czy Grecja. Południe Europy oczekuje raczej, że korzystający na wspólnej walucie Berlin weźmie na siebie finansową odpowiedzialność za problemy krajów strefy. A są one niebagatelne. I niemiecki wiceminister prawdopodobnie doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Z Berlina płyną zatem coraz wyraźniejsze sygnały sprzeciwu wobec form ściślejszej integracji w ramach obszaru wspólnej waluty. Niemcy wiedzą, że finalnie to oni będą musieli za to zapłacić. W konsekwencji wspólny budżet eurostrefy coraz bardziej się oddala. Tracą też znaczenie argumenty, że członkostwo w strefie euro to konieczność, bo obszar ten się samoorganizuje i trzeba być częścią tego procesu. Taka narracja robi w Polsce sporą karierę. Praktyka jednak ma niewiele z tym (i podobnymi założeniami) wspólnego. Berlin wyraźnie pokazuje swoim partnerom z eurostrefy, żeby z problemami, które mają, radzili sobie sami. To pouczająca lekcja także dla nas. Potrzebujemy silnej polskiej gospodarki opartej na naszych rodzimych firmach i własnym kapitale. Marne bowiem szanse, że w razie czego ktoś przyjdzie nam z pomocą.