ZOSTAŃMY PRZY ZŁOTYM

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 05.09.2018

Wprowadzenie euro w Polsce to temat, który wraca do debaty publicznej jak bumerang. Na jakiś czas znika z pola widzenia, by ponownie pojawić się w nagłówkach gazet i programach partyjnych. Głos zaczynają zabierać publicyści i znani ekonomiści. Ostatnio „Rzeczpospolita” poinformowała o badaniu, z którego ma wynikać, że polski biznes wypowiedział się w temacie i chce eurowaluty!

Badanie to, jeśli wczytać się w tekst, dotyczyło firm średnich oraz dużych i wynikać miało z niego, że w tej grupie przedsiębiorstw prym wiodą zwolennicy wspólnego pieniądza (ponad 70 proc. ankietowanych jest na tak). Od tego wyniku do wniosku, że polski biznes chce euro, jest jednak jeszcze bardzo daleka droga. Co to w ogóle znaczy „polski biznes” czy „polska firma”? Jakie kryterium decyduje o tym, że jakieś przedsiębiorstwo jest „polskie”? Trudno uznać za polską firmę taką, która jest w naszym kraju zarejestrowana, ale jej akcje lub udziały w całości lub zdecydowanej części należą do obywateli innego/innych państw. Polska firma to zatem taka, w której dominuje polski kapitał i ma on w niej głos decydujący. W przeciwnym razie taka firma może i działa w Polsce, ale na pewno nie jest polska. Nie ma w naszym prawodawstwie stosownych definicji, a publicyści i politycy terminem „polskie firmy” i jego różnymi mutacjami posługują się, nie zważając na sens. W konsekwencji może on znaczyć praktycznie wszystko, w zależności od inwencji tego, kto mówi, i nastroju tego, kto słucha. Nie o to jednak chodzi w debacie publicznej. Wracając zatem do euro, nie ma przekonujących badań mówiących o tym, że „polski biznes” chce euro. Nie ma też przekonujących argumentów ekonomicznych za tym, aby pozbyć się złotego i wejść do unii walutowej. Strefa euro to obecnie wspólnota strachu, niektórzy jej członkowie prawdopodobnie zrezygnowaliby z tego pieniądza, gdyby tylko mogli. Boją się jednak konsekwencji. Wyjście z euro to bowiem igranie z ogniem. Należy przecież wziąć pod uwagę bardzo poważne ryzyko załamania się sektora bankowego, który i tak ma się nie najlepiej np. we Włoszech. Zwykli ludzie obawiają się tych konsekwencji, tego, że z dnia na dzień stracą dostęp do oszczędności całego życia. Politycy starają się zaś uniknąć niebezpieczeństwa popadnięcia w niewyobrażalny chaos euroexitu. Tymczasem dla Greków czy Włochów taki exit to byłby prawdziwy ratunek dla ich ledwo zipiących gospodarek, których konkurencyjność jest duszona przez za mocną europejską walutę. Trwają przy niej ze strachu. Nie można jednak wykluczyć, że na horyzoncie pojawi się w jakimś kraju południa rząd, który powie: dość. Podejmie to ryzyko i podziękuje za euro. Co wtedy? To najprawdopodobniej oznaczałoby koniec tego projektu. Nikt nie wie, co działoby się dalej. To byłby jednak bardzo trudny czas dla europejskiej gospodarki, szczególnie zaś dla słabszych państw strefy. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na coraz powszechniejszą argumentację zwolenników euro w Polsce. Coraz mniej ma ona wspólnego z ekonomią, a coraz więcej z polityką. Euro ma zatem zapewnić obecność Polski w Unii i chronić rzekomo zagrożoną polską demokrację. Te argumenty oparte na błędnych przesłankach zamieniają debatę o przyjęciu wspólnej waluty w polityczną przepychankę. Nie mają waloru merytorycznej dyskusji, w której kluczową rolę odgrywać powinny argumenty ekonomiczne. To one stanowić mają oś debaty. Wpisywanie sporu o euro w bieżące polityczne tarcia to kompletne nieporozumienie. Euro nie jest obecnie alternatywą dla złotego. Własny pieniądz i suwerenna polityka pieniężna to potężne narzędzie, z którego nie można rezygnować bez bardzo solidnej ekonomicznej argumentacji. A tej w ustach zwolenników euro coraz mniej.