INNOWACYJNA EPOPEJA

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 22.08.2018

Innowacyjność – to termin odmieniany przez wszystkie przypadki praktycznie w każdym gremium, gdzie pojawia się tematyka ekonomiczna. Innowacyjna powinna być gospodarka, innowacyjne powinny być przedsiębiorstwa, każdy, kto żyw, ma być innowacyjny. Jeśli jakiś temat robi w ostatnich latach furorę wśród teoretyków i praktyków gospodarki, to jest to właśnie innowacyjność. Nie inaczej jest też w Polsce. Powstają kolejne gremia dyskutujące o tym, co zrobić żeby Polska była bardziej innowacyjna, bo to konieczność, bo w tę stronę idzie świat i żeby za nim nadążyć, musimy się wziąć za siebie i wymyślać, udoskonalać, konkurować. Niestety efektów jak nie było, tak nie ma. Z tą innowacyjnością nie jest bowiem tak łatwo, nie da się jej zadekretować, nie da się z dnia na dzień wprowadzić w życie i po prostu być innowacyjnym. Wiele wskazuje na to, że przed nami, przed polską gospodarką naprawdę długa droga, jeśli chodzi o tę kwestię. Jesteśmy zapatrzeni na Stany Zjednoczone, marzymy o tym, że nad Wisłą powstanie drugie Apple czy Microsoft, chcemy u nas Doliny Krzemowej, takiej w amerykańskim stylu kuźni pomysłów, połączenia świata nauki i biznesu, skarbnicy nowych technologii. I mamy potencjał aby takie miejsce lub miejsca u nas powstały. Ale potrzebujemy zmian o charakterze systemowym. Nie wystarczy wydawanie pieniędzy przez państwowe podmioty. Jak pokazuje praktyka, efektywnie nic z tego nie wynika, można jedynie wpisać w statystyki, że inwestujemy w innowacje, że coś robimy, staramy się. Pieniądze z Unii jakoś specjalnie też w tej materii nie pomogły. A przecież unijna rzeka gotówki niebawem przestanie do nas płynąć, prawdopodobnie najbliższa perspektywa budżetowa będzie ostatnią z dodatnim saldem dla Polski. Nie ma co przytaczać międzynarodowych rankingów innowacyjności, wiadomo, że do czołówki nam bardzo daleko, jesteśmy zdecydowanie w grupie maruderów, a nie liderów. Co zatem robić? Nie ma tutaj prostych i szybkich recept. Jak myślę, zacząć należy od początku. Czyli od systemu edukacji. I nie chodzi mi tutaj tylko o poziom politechnik czy innych szkół wyższych. Zacznijmy od przedszkola, uczmy współpracy, kooperacji, aktywnego rozwiązywania problemów. Stawiajmy dzieciom wyzwania w szkole podstawowej, niech oprócz wkuwania uczą się też aktywności opartej na samoorganizacji. Potem niech wejdą zajęcia z przedsiębiorczości, ale takiej prawdziwej, z case studies, ciekawymi przykładami wziętymi z życia, interaktywnością. Z tego, co wiem od moich studentów, większość zajęć z tego przedmiotu wygląda zupełnie inaczej. Są to lekcje na doczepkę, coś pomiędzy przysposobieniem obronnym, a wychowaniem fizycznym. Mało kto traktuje je na serio. To nie matma czy fizyka. Ot taki zapychacz w planie. To fatalny błąd, uczmy dzieciaki o biznesie, o tym jak zbudować firmę, jak uczynić ją konkurencyjną, co zrobić, aby uzyskać finansowanie na swoje pomysły, jak je komercjalizować, uczmy o patentach. To bardzo ważne tematy. Efektów nie będzie od razu, ale jest duża szansa, że się w końcu pojawią. Bardzo ważne są również inne bodźce ze strony państwa. Np. polityka zakupowa otwarta na innowacje, premiująca nowe pomysły. Niech nasze polskie przedsiębiorstwa, z polskim kapitałem i własnym know–how dostaną od publicznego zamawiającego szansę. Liczę, że wiele z nich z niej skorzysta, skorzystają też zamawiający, a w konsekwencji – my wszyscy. To nie będzie łatwe. Trzeba przeszkolić urzędników, uwrażliwić ich na pewne kwestie, stworzyć system sprzyjający innowacyjności. Mamy wiele do nadrobienia, ale jestem przekonany, że mamy także potencjał, aby mieć realne i pozytywne rezultaty.