BUDŻET WSPÓLNY, CZYLI JAKI?

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 27.06.2018

Pomysł aby strefa euro miała oddzielny budżet nie jest specjalnie nowy. W zasadzie ta idea od dawna funkcjonuje na europejskich salonach. Nie szły jednak za tym żadne realne działania. Ostatnio koncepcja ta została przypomniana przez kanclerz Niemiec i prezydenta Francji. Tyle tylko, że poza wspólną deklaracją nie zostały podane żadne konkretne informacje. Dwójka przywódców wyraziła tylko wolę polityczną i gotowość działań zmierzających do powołania oddzielnej kiesy dla eurozony. Pozornie więc sprawa wydaje się przesądzona. W praktyce jednak wcale tak być nie musi. Pisałem już na tych łamach, że w strefie euro narasta napięcie. Jego efektem jest m.in. wygrana populistów we Włoszech oraz wzrost nastrojów antyunijnych w kilku innych krajach obszaru wspólnej waluty. Szczególnie mocno obrywa właśnie waluta euro jako główny winowajca marazmu w Italii czy Hiszpanii. Wspólny budżet miałby, w mojej opinii, te nastroje nieco uspokoić. Ryzyko polityczne jakie wisi nad eurostrefą staje się bowiem coraz bardziej uciążliwe. Do niedawna mało kto przypuszczał, że w tak ważnym kraju jak Włochy do władzy mogą dojść zagorzali krytycy unijnej polityki. Rynki finansowe niemal na bezdechu obserwowały powstający w bólach nowy rząd państwa położonego na Półwyspie Apenińskim. Obecnie atmosfera nieco okrzepła ale to raczej tylko chwilowe uspokojenie. W tych okolicznościach Niemcy zaczynają dostrzegać, że bez jakichś ustępstw na rzecz Południa się nie obejdzie. Stąd powrót do dyskusji o wspólnym budżecie dla strefy. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenie. Władze w Berlinie pewnie domyślają się, że to one będą musiały dosypywać do wspólnej sakiewki najwięcej. Poza tym na agendzie pojawić się może pomysł na uwspólnotowienie zobowiązań. Prze do tego tonące w długach Południe. Zdecydowany opór stawiają oczywiście nasi sąsiedzi zza Odry. Ale jak powiedziało się „A” to czemu przemilczeć dalsze litery alfabetu. Konsekwencją silniejszej integracji strefy euro może być bowiem wspólna polityka fiskalna, czyli ja pożyczyłem ale ty spłacasz. A to już wywołuje w niemieckich władzach zimne poty. Ogłoszona z takim przytupem chęć powołania wspólnego budżetu strefy euro może zatem zamiast ogólnej szczęśliwości być zarzewiem poważnego politycznego konfliktu. Póki co mamy bowiem tylko frazeologię i deklaracje. Ale kiedy chodzi o ogromne pieniądze najważniejsze są konkrety. Na razie cieszą się w Paryżu, prezydent Macron obwieszczać może w swoim kraju, ze jest skutecznym politykiem, który realizuje założone cele. Niemniej całą inicjatywę trudno oceniać z ekonomicznego punktu widzenia, bo tak naprawdę nic o niej nie wiemy. Czy Polska powinna panikować? Pojawiają się bowiem głosy, że wspólny budżet to cios w nasz kraj, wiodącego beneficjenta środków unijnych. Czas pokaże. I tak za kilka lat możemy stać się płatnikiem składek netto. Dla mnie dużo ważniejsze od tego czy dostaniemy z Unii tyle czy tyle pieniędzy jest to czy dzięki tym środkom stworzymy silne i konkurencyjne polskie firmy, oparte na naszym kapitale. Pieniądze z Unii skończą się prędzej czy później a raczej prędzej niż później. Trzeba być na to gotowym i nic tutaj nie zmienią niemiecko – francuskie plany. Nie dajmy się też zwieść narracji mówiącej, że w tych okolicznościach nie pozostaje nam nic innego jak wchodzić do euro. Polska gospodarka ma się bardzo dobrze a wspólny budżet strefy euro to raczej plan ratunkowy dla Południa a nie szansa na uzyskanie dodatkowych środków dla nas. Obserwujemy zatem rozwój sytuacji ale powodów do paniki zdecydowanie nie ma.