PÓŁNOC – POŁUDNIE

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 13.06.2018

Po tygodniach szargania nerwów unijnym decydentom i tuzom finansjery Włochy mają w końcu nowy rząd. Utworzyła go egzotyczna koalicja Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi Północnej. Szefem gabinetu został profesor prawa Giuseppe Conte. Ten sam, któremu w pierwszym podejściu nie udało się sformować rządu ze względu na blokadę ze strony prezydenta Serio Mattarelli. Prounijny szef państwa próbował nie dopuścić do utworzenia gabinetu mocno krytycznego wobec unijnej polityki migracyjnej oraz strefy euro. Nad krajem zawisło widmo nowych wyborów, w których Włosi mieli zagłosować zgodnie z wolą rynków finansowych. Przynajmniej takie oczekiwania wyraził niemiecki komisarz Günther Oettinger. Jego zdawkowa wypowiedź w tym temacie mówi więcej o prawdziwym stosunku do demokracji ze strony unijnych elit, niż tysiąc rezolucji Parlamentu Europejskiego na temat Polski. Pokazuje bowiem, że demokracja to tylko procedura legitymizacji tych, którzy mają być wybrani, gdyż posiadają glejt z Brukseli oraz są w guście międzynarodowej finansjery. Inne wyniki już demokratyczne nie są. Ot, taka logika. Wracając jednak do Włoch, ten krótki kryzys pokazał, jak podatna na ryzyko polityczne jest strefa euro. Wynika to z kilku powodów. W skład eurolandu wchodzą kraje, które żadną miarą nie powinny się tam znaleźć. Najlepszy przykład to oczywiście Grecja. Ale we Włoszech wcale nie jest dużo lepiej. To bowiem państwo zadłużone po same uszy, tkwiące od lat w ekonomicznym marazmie. Z drugiej strony to trzecia gospodarka strefy euro. Wszelkie zawirowania w Italii to zatem problem nie tylko w Rzymie, ale także, a może przede wszystkim, w Brukseli, Berlinie czy Paryżu. Wyjście Włoch ze strefy euro oznaczałoby w praktyce koniec projektu wspólnej waluty. Nie mówiąc już o opłakanych skutkach dla światowego systemu finansowego. Wystarczy zatem, że wybory wygra sceptyczna wobec euro partia lub koalicja, a panika murowana. Dodatkowo sama idea unii walutowej budzi coraz większe zastrzeżenia. Korzystają bowiem na niej kraje konkurencyjne, z nowoczesną i nastawioną na eksport gospodarką, taką jak niemiecka. A tracą te mniej konkurencyjne z południowej Europy. To prosty skutek tego, że strefa euro nie jest optymalnym obszarem walutowym, którego wymaga teoria ekonomii od tego typu projektów. Waluta ta jest zatem coraz częściej postrzegana nie w kategoriach szansy, ale swoistej kuli u nogi, która ciągnie w dół znaczną grupę państw wspólnego obszaru walutowego. To, co dla wielu ekonomistów było oczywiste od samego początku, teraz staje się coraz bardziej jasne także dla polityków. Patrząc na sprawę bez ideologicznego zacietrzewienia trzeba bowiem przyznać, że strefa euro to ewidentny niewypał. Wspólna polityka monetarna nie jest tu bowiem uzupełniona wspólnotą fiskalną. Brak niezależnej polityki pieniężnej nie jest zatem rekompensowany bodźcami fiskalnymi. Powód jest prosty, beneficjenci euro nie chcą brać na siebie długów tych państw, których gospodarkom euro coraz bardziej wadzi. Sprzeciw wobec uwspólnotowienia długów wyraża szczególnie Berlin. Powód jest jasny, Niemcy nie chcą spłacać włoskich, czy hiszpańskich długów. Euro im odpowiada, bo korzysta na nim ich eksport, ale zgody na dzielenie się długami nie ma. To budzi opór i znajduje ujście w politycznych wyborach państw południowej Europy. W konsekwencji mamy swoiste starcie Północy z Południem, które pewnie nie raz jeszcze da o sobie znać. Włoski kryzys to tylko jedna z jego odsłon, nie pierwsza i najpewniej nie ostatnia.