HANDEL MA SIĘ DOBRZE

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 02.05.2018

Przed wprowadzeniem ograniczeń handlu w niedzielę nie brakowało głosów o katastroficznych skutkach takiego ruchu dla gospodarki. Konsumpcja miała spaść na łeb, na szyję, hipermarkety ciąć zatrudnienie, bo ruch w interesie słabszy, bo dni pracy mniej, niż dotąd. To zaś oznaczałoby lądowanie na bruku dla tysięcy pracowników handlu. Znamy to bardzo dobrze – podobne przestrogi słyszeliśmy przed wprowadzeniem programu Rodzina 500+. Ten z kolei miał doprowadzić w krótkim czasie finanse publiczne na skraj bankructwa i nie przynieść żadnych skutków dla liczby urodzeń. Tymczasem dzieci rodzi się coraz więcej (chociaż wciąż zdecydowanie za mało), a finanse publiczne mają zupełnie nieźle. Wystarczyło bowiem, aby państwo zaczęło ściągać podatki, które mu się słusznie należą. A dokładniej jeden, najważniejszy z fiskalnego punktu widzenia podatek – VAT. Wracając zaś do handlu w niedzielę, pamiętamy świetnie, że lamentom i krytycznym opiniom nie było końca. Z opiniami jest jednak tak, że w pewnym momencie konieczna jest i konfrontacja z faktami. A te, w wypadku ograniczenia handlu w niedzielę, pokazują coś zupełnie innego, niż to przed czym byliśmy tak solennie przestrzegani. Mianowicie w marcu, w ujęciu rocznym, sprzedaż detaliczna wzrosła realnie, czyli już z uwzględnieniem inflacji, o blisko 9 proc (warto przy tym zaznaczyć, że sprzedaż w hipermarketach wzrosła w marcu aż o 17,4 proc.) – wynika z danych GUS. Marzec był zaś pierwszym miesiącem obowiązywania ustawy ograniczającej robienie zakupów w niedzielę. Jest to bardzo dobry wynik, nawet biorąc pod uwagę przypadające na początek kwietnia Święta Wielkanocne. To zaś zupełnie nie wpisuje się w powtarzaną wielokrotnie kalkę o tym, że ograniczenie zabije handel. Jak zatem wytłumaczyć tak dobre wyniki, skoro dni handlowych było mniej? Po pierwsze, kluczowym czynnikiem decydującym o tym, ile kupujemy jest to, ile mamy pieniędzy, a nie to, czy mamy do dyspozycji jeden dzień mniej, czy więcej na zakupy. Zarobki zaś rosną, bezrobocie jest rekordowo niskie, a sytuacja gospodarcza bardzo dobra. Zatem i nastroje wśród kupujących dopisują. Poza tym o ilości i strukturze naszych zakupów decydują potrzeby i preferencje. Kupujemy zatem to, czego potrzebujemy, biorąc przede wszystkim pod uwagę dochód, jakim dysponujemy, a nie liczbę dni handlowych. Chleb, ziemniaki, środki czystości – tych wszystkich produktów nie będziemy kupować mniej, bo nie możemy udać się na niedzielny rajd po sklepach. Musimy je kupić, bo są nam one potrzebne do normalnego funkcjonowania. W konsekwencji pójdziemy na duże zakupy np. w sobotę, jeśli nie będziemy mogli tego zrobić w niedzielę. Zmieni się zatem harmonogram, ale nie struktura i ilość robionych zakupów. Warto też zwrócić uwagę na czynniki, które dużo trudniej zmierzyć, niż obrót. Niedziela to dzień wyjątkowy, przez większość tygodnia za czymś gonimy, spędzamy wiele czasu w pracy, wypełniamy liczne obowiązki. W konsekwencji nie raz brak nam czasu na to, co najważniejsze, czyli dla rodziny i najbliższych. Pieniądze zdążymy zarówno zarobić jak i je wydać. Czasu, którego nie spędziliśmy z bliskimi, nikt nam nie zwróci. Program Rodzina 500+, jak i wolne od handlu niedziele, służą także temu celowi, czyli wzmocnieniu rodziny poprzez wsparcie finansowe i okazję do spędzenia czasu w rodzinnym gronie. Kolejne miesiące przyniosą nowe statystyki odnośnie do sprzedaży detalicznej. Wiele wskazuje jednak na to, że brak handlu w niedzielę przyjmie się w Polsce bez większych problemów. Ludzie dosyć szybko dostosowali się do nowej sytuacji, handel ma się dobrze, a czarnowidztwo się nie spełniło.