ZACHOWAWCZY BUDŻET 2018

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 04.10.2017

Kiedyś przestępcą podatkowym był ten, kto uchylał się przed płaceniem podatków. Teraz, prawdziwi przestępcy potrafią z podatków żyć i to na bardzo wysokiej stopie. Doszło do tego, iż ci, co uchylają się od płacenia podatków wykorzystując do tego istniejące prawo, to jedynie, tak niedawno groźna, „szara strefa”. A dzisiejszy przestępca to nie groźnie wyglądający zbir, lecz raczej wypielęgnowany i dobrze ubrany prawnik, korzystający ze zbirów tylko w charakterze tzw. „słupów”.

Główne przestępstwa podatkowe w Polsce polegały na wyłudzaniu podatku VAT przy wykorzystaniu tzw. karuzeli podatkowej, czyli obrotu fikcyjnymi fakturami, gdzie na końcu następował zwrot podatku po wystawieniu faktury mającej potwierdzać wywiezienie towaru za granicę. Najczęściej towar nie opuszczał magazynu, lub w ogóle nie istniał. Wyłudzenie tylko tego typu rząd szacował na 40 miliardów złotych rocznie, a pojawiały się wypowiedzi mówiące nawet o 70 miliardach.

Drugą, olbrzymią grupę stanowili drobni i średni „przedsiębiorcy”, którzy nic nie produkując, a nawet nie mając zarejestrowanej firmy, wystawiali faktury kosztowe dla legalnie działających przedsiębiorców. Szacuje się, że z tego tytułu w 2015 roku nie wpłynęło do budżetu państwa nawet 80 miliardów złotych. Ta grupa bardzo często jest elementem składowym grupy opisanej wyżej, niemniej skala tego procederu poraża.

Trzecia, bardzo poważna grupa przestępców podatkowych, z którymi fiskus skutecznie walczy, to importerzy wprowadzający paliwa na rynek polski z pominięciem opłat akcyzowych, paliwowych i VAT. Sprowadzając paliwa ze wschodu mając zapisane w papierach import artykułów chemicznych pomijano zapłatę zarówno opłat wywozowych z kraju importu jak i wymaganych opłat w naszym kraju. Ten proceder to kolejne 5 mld zł, które nie wpłynęły do budżetu państwa w roku.

Jednak projekt budżetu na rok 2018 nie napawa optymizmem. Czytając go niepokoję się, bo z jednej strony, cały czas dobiegają nas głosy o wspaniałych osiągnięciach rządu w polepszeniu ściągalności podatków, a z drugiej nie przekłada się to na doprowadzenie do budżetu bez deficytu. Poza tym, sprawa wygląda tak, jakby w Ministerstwie Finansów panował chaos. Pod koniec czerwca Premier Morawiecki podał, iż deficyt budżetu spadł do 200 milionów wobec 900 milionów po kwietniu i wyniósł 0,3% planowanego na 59,3 mld. zł deficytu na koniec roku, wieszcząc jednocześnie bardzo niski deficyt na koniec roku. Miesiąc później mogliśmy się dowiedzieć, że nadwyżka budżetowa wyniosła 5,9 mld zł i szacowany deficyt 33 mld. zł na koniec roku. W końcu lipca była to wartość 2,4 mld, by na koniec sierpnia wynieść 4,9 mld zł a deficyt roczny 48 mld zł.

Te rozbieżności nie nastrajają optymistycznie, szczególnie, że rząd realizuje pierwszy w całości uchwalony przez zjednoczoną prawicę budżet – poprzedni, na rok 2016, był uchwalony jeszcze przez koalicję PO-PSL.

Martwi mnie najważniejsza pozycja w planowanym budżecie na 2018 rok. Mimo tak dobrych prognoz przychodowych rząd planuje pożyczyć w przyszłym roku ponad 41 mld zł – o tyle ma się zwiększyć deficyt budżetowy. Mimo wdrożenia bardzo skutecznych narzędzi informatycznych i planowanego na drugi kwartał 2018 uruchomienia skomplikowanego systemu „split payment” deficyt tylko nieco się zmniejsza.

Przy tak dobrej koniunkturze gospodarczej nie satysfakcjonuje także wzrost PKB planowany na 3,8%. Pamiętam, jak ponad ćwierć wieku temu mówiono nam, że za 25 lat dogonimy Niemcy. Przy tym wzroście PKB względem sąsiadów z zachodu mamy szansę ich dogonić za około 25 lat. Jednak zapominamy, że cały czas jest możliwy kryzys finansów publicznych starej Europy, bo problemy z obligacjami grupy PIGS (od pierwszych liter Portugal, Italy, Greece, Spain) zostały tylko odłożone w czasie i daleko im do rozwiązania.

Jerzy Kenig