DWIE STRONY EURO

GAZETA POLSKA TYGODNIK – 19.07.2017

Przed kilkoma tygodniami media w Polsce obiegła informacja, że Komisja Europejska planuje wprowadzenie euro we wszystkich państwach Unii do 2025 roku. Było to o tyle zastanawiające, że KE nie ma żadnych uprawnień aby zmusić któreś z państw członkowskich będących poza strefą do przyjęcia wspólnej waluty. Niemniej nawet sama sugestia na ten temat wzbudziła niepokój. Polska formalnie zobowiązała się do wprowadzenia euro w Traktacie Akcesyjnym. Dokument ten nie zawiera jednak konkretnej daty rezygnacji ze złotego. Co więcej, żeby wprowadzić unijny pieniądz w naszym kraju konieczna jest także zmiana konstytucji. Innymi słowy euro w Polsce jest możliwe tylko w warunkach szerokiego konsensusu politycznego. A na to w najbliższym czasie raczej się nie zanosi. Inna sprawa to skutki ekonomiczne przyjęcia wspólnej europejskiej waluty. A tutaj sytuacja jest równie skomplikowana. Wśród polskich ekonomistów od lat trwa spór na temat tego czy euro jest nam potrzebne. Argumenty za jak i przeciwko wejściu do strefy mają swoją ekonomiczną wagę i nie można ich lekceważyć.
Za euro przemawia fakt, że polskie przedsiębiorstwa handlujące z partnerami ze strefy euro, a zdecydowanie ponad połowa polskiego eksportu trafia właśnie tam, ponoszą ryzyko kursowe oraz straty związane z koniecznością wymiany walut (tzw. koszty transakcyjne). Wejście do obszaru wspólnej waluty wyeliminuje zatem to ryzyko i dodatkowe koszty handlu z partnerami ze strefy. Oprócz tego przyjęcie euro to przepustka do samego centrum decyzyjnego Unii. Przynajmniej w teorii pozostawanie poza strefą pozbawiać ma Polskę wpływu na kluczowe decyzje ekonomiczne w ramach UE. Tworzenie nowych instytucji w obszarze wspólnej waluty, jak np. dedykowany jej budżet, szkodzić mogą pozostającej poza euro Polsce.
Z drugiej strony nie brak głosów, że strefa euro to ekonomiczne nieporozumienie. Powołanie do życia obszaru wspólnej waluty wymaga bowiem spełnienia szeregu kryteriów, których eurozona żadną miarą nie spełnia. Trudno bowiem mówić w tym przypadku np. o zsynchronizowanych cyklach koniunkturalnych czy elastycznych rynkach pracy. A są to warunki zasadnicze aby obszar wspólnej waluty miał jakikolwiek sens. Tymczasem gołym okiem widać ogromne różnice w potencjalne gospodarek państw strefy. Mówienie o wspólnym budżecie też jest zdecydowanie przedwczesne. Bogatsze państwa euro zdają sobie bowiem sprawę z tego, że będą musiały wpłacać do kolejnej skarbonki znacznie więcej niż z niej dostaną. Dodatkowo wspólna waluta to utrata kontroli nad jednym z kluczowych narzędzi polityki gospodarczej jakim jest polityka pieniężna. Pamiętać także trzeba o tym, że kryzys strefy euro wcale się nie zakończył. Niewykluczone są zatem kolejne programy ratunkowe, do których dorzucać się muszą państwa eurostrefy.
Czy argumenty te się wzajemnie równoważą? Na ten moment nie. Własna waluta to bowiem istotna przewaga konkurencyjna, szczególnie dla kraju, który dopiero się rozwija. Na rezygnację z niej pozwolić sobie mogą rozwinięte gospodarki z dużym udziałem zaawansowanych technologii w eksporcie. A takim Polska jeszcze nie jest. W razie nierównowagi w bilansie handlowym, bardzo dużą znaczenie ma w naszym przypadku możliwość oddziaływania na kurs walutowy. Pozwala ona na reagowanie w sytuacjach, w których inne środki polityki gospodarczej nie są dostatecznie skuteczne. Zbyt silna waluta może osłabić polski eksport co mocno uderzy w całą rodzimą gospodarkę. Poprawa konkurencyjności cenowej polskich towarów będzie mogą wówczas odbywać się jedynie poprzez obniżenie kosztów pracy, czyli głównie płac, które w Polsce i tak są jednymi z najniższych w Unii. Na eksperyment ze wspólną walutą zatem po prostu za wcześnie. Nasza gospodarka potrzebuje czasu, zaś w obecnej sytuacji brak samodzielnej polityki monetarnej nie równoważy ewentualnych korzyści z wejścia do eurostrefy.